Spadłam z roweru i…

W ubiegłym tygodniu spadłam z roweru. Mój nastrój w sekundę zmienił się o 180 stopni. Wystraszyłam się i zawstydziłam jak mała dziewczynka. Na szczęście nic mi się nie stało, a zanim dojechałam do domu, miałam już wnioski związane z prowadzeniem firmy. W tym tekście chciałabym się nimi z Tobą podzielić.

Wypadek, wypadeczek

Dzień był piękny i słoneczny. Wracałam z synem z przedszkola. Wiosną dostał nowy rower, więc to jedyna opcja na przemieszczanie się. Sama zdecydowanie wolę konie mechaniczne i niski warkot pod maską, ale cóż… Potrzeby dziecka, ciała i świata, to dość argumentów, żeby przesiąść się na rower.

Jechaliśmy znaną trasą w radosnym tempie. Ja – dumna z siebie jak paw, że w ostatnim tygodniu siedziałam na rowerze więcej razy niż przez ostatnie 20 lat. Słońce świeciło. Ruch był spory, jak to w środku dnia.

I nagle to zobaczyłam. Wąski przesmyk pomiędzy latarnią i siatką odgradzającą plac budowy. Jechałam już tamtędy kilka razy. Ale tym razem mój wzrok przykuła ona. Latarnia.

Jak w zwolnionym tempie widziałam jak zbliżam się do niej. Mijam ją przednim kołem.  I zahaczam o nią kierownicą. Widziałam to, zanim się wydarzyło. Straciłam równowagę. Rower się wywrócił, a ja razem z nim. Coś zadzwoniło, więc chyba uderzyłam głową w siatkę. Nie wiem dokładnie, bo miałam kask i nie poczułam uderzenia.

Auć!

Pierwszą reakcją było zawołanie syna, żeby się zatrzymał. Potem powoli zaczęłam się podnosić i skanować swoje ciało, czy nic mi się nie stało. Byłam przestraszona i zawstydzona. Miałam wrażenie, że całe skrzyżowanie się na mnie gapi. Jak wariatka spadła z roweru… Jak nawet po chodniku nie umie jeździć. Pańcia z torebusią na miejskim rowerze…

Dookoła mnie było kilkanaście osób w autach, pieszo, na rowerach. Prawdopodobnie na mnie patrzyły. Ale nie wiem co myślały. Jedna kobieta zatrzymała się, żeby mi pomóc. Chociaż pomoc nie była mi potrzebna, to jej troska podniosła mnie na duchu i wsparła w tej sytuacji.

Dlaczego wjechałam w latarnię?

Na kursie jazdy instruktorzy mówią, żeby zawsze patrzeć tam, dokąd chce się jechać. Szczególnie w sytuacjach awaryjnych. Jeśli podczas gwałtownego hamowania patrzymy w drzewo, wjedziemy w drzewo. Stara i sprawdzona zasada, która zapewne ma już swoje dowody w neuronauce.

Podczas mojego „wypadku” patrzyłam na latarnię. Chciałam ją ominąć, ale patrzyłam właśnie NA nią. Teraz wiem, że sama sobie zgotowałam ten upadek.

Nie przytaczam Ci tej historii z powodu ekshibicjonistycznej natury. Nie szukam też współczucia. Chcę Ci opowiedzieć, jak moja przygoda przekłada się na działanie w firmie. I czego się z niej nauczyłam.

Patrz tam, dokąd chcesz dotrzeć

Wiosną skupiałam się na projektach bieżących. Włożyłam w nie bardzo dużo zaangażowania i pracy. Zostały przyjęte znakomicie, a ja jestem zadowolona z rezultatów. Z perspektywy zarządzania biznesem, były to projekty operacyjne, które zrealizowałam z roli eksperta. Czyli de facto, jako pracownik mojego biznesu. Patrzyłam pod nogi i wytańczyłam piękne tango. A czy mój biznes się rozwinął? Nie. Ani odrobinę.

Jeśli skupiam się tylko na projektach bieżących, realizowanych dla obecnych klientów, to w najlepszym razie utrzymuję stan obecny. Będę działać w takim trybie jak dotąd i na bardzo podobnych warunkach. Ale jeśli chcę coś zmienić…

… to muszę coś zmienić. Stworzyć nowy produkt. Rozbudować zespół. Może nawet zmienić model biznesowy swojej działalności. To są działania ważne, choć rzadko postrzegane jako pilne. Chcemy je realizować „w międzyczasie”, który nigdy nie nadchodzi. Jeśli wzrok skupiamy na realizacji bieżącej działalności, to rozwój będzie wisieć na haczyku jak parasol w słoneczny dzień.

Patrz tam, dokąd chcesz dojść. Tworzenie mood boardów i wizualizacje nabierają w tym kontekście nowego znaczenia. Stawianie sobie celów i budowanie wizji rezultatu również.

Jeśli chcesz stworzyć nowy pakiet usług dla klientów, to zajmuj się tym w każdy dniu. Myśl o tym. Opowiadaj o tym. Niech ten temat materializuje się wokół Ciebie w różnych mikrodziałaniach. Zaplanuj czas, żeby nad tym pracować. Obserwuj świat dookoła Ciebie w poszukiwaniu inspiracji.

Jeśli skupiasz się na ryzyku porażki, to wjedziesz w nią, jak ja w moją latarnię. Skup się na wystarczająco dobrym efekcie. I jedź. Wolno, szybko – jak umiesz.

Załóż kask

Jeśli możesz się ochronić lub zabezpieczyć – zrób to! Poduszka finansowa, podwójna autoryzacja haseł, weryfikacja partnerów biznesowych, back up danych etc. Każdy zakłada, że jego akurat to nie dotyczy. Że jemu latarnia nie stanie na drodze. Zazwyczaj dbanie o podstawowe bezpieczeństwo jest kwestią nawyku, który niewiele kosztuje, jak już jest. Czasem trochę trudniej go w sobie wyrobić. Ale i tak koszty „dbania na wyrost” są niewielkie w obliczu potencjalnej straty.

Na moim komputerze mam teraz cały mój biznes. Dosłownie. Książkę, scenariusze szkoleń, materiały edukacyjne, maile, prototypy produktów, teksty do publikacji. Cała moja praca mieści się w kawałku technologii. Wystarczy kubek herbaty, żeby wszystko trafił szlag. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak trudno byłoby mi się odnaleźć bez tych wszystkich danych. Ile pracy musiałabym wykonać, żeby móc znów wykonywać swoją robotę. Po co mi ten stres?!

Dane w chmurze i back up na dysku zewnętrznym to niewielka cena za bezpieczeństwo kilkunastoletniego dorobku. Kask podczas mojej rowerowej przygody ocalił mi fryzurę, a może i więcej. Poczułam ulgę, że go mam. W biznesie wolałabym być bezpieczna, bo ryzykowne momenty są wpisane w taką działalność. Każdy nowy projekt może się sprzedać albo nie. Jeśli mogę minimalizować związane z tym nerwy – robię to!

Spadłeś? Powstań!

A co jeśli nikt nie kupi? Co oni sobie pomyślą, jak to będzie niewypał? Znasz ten lęk? Ja znam bardzo dobrze. Czasem nawet ten lęk materializuje się w rzeczywistość. Nie wszystkie prowadzone przeze mnie działania sprzedażowe zakończyły się sukcesem…

Kiedy spadłam z roweru, doświadczyłam tego jako porażki. Dojrzała kobieta, nie powinna w centrum miasta upadać na chodnik. A już na pewno nie matka, która jedzie z dzieckiem i jest odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo! I to jeszcze w tak durnej sytuacji? Wjechać w latarnię? Gdyby mnie rozjechał pijany kierowca, to jeszcze by to jakoś wyglądało (można zwalić winę na okoliczności), ale ja sama sobie zgotowałam ten los. I ci wszyscy ludzie, którzy się tak na mnie patrzyli…

W mojej przygodzie doświadczyłam wstydu. Tak samo jak w przypadku tych nieudanych sprzedaży. Nie lubię tego uczucia. Mam o nim nie najlepsze zdanie. Uważam, że to narzędzie do manipulacji i że nic dobrego z niego nie wynika. Od wielu lat pracuję nad tym, żeby się nie wstydzić.

A tu bach! Wstyd zakwita na moich policzkach i w mojej głowie. „Oni wszyscy patrzą!” oraz „Oni wszyscy widzą, że Ci się nie udało…”. Nawet jak to piszę, to mnie kłuje w środku.

W rzeczywistości nie wiem, co myśleli ludzie dookoła. I nawet jeśli pomyśleli coś złego, to co z tego? To co dostałam, to troskę i życzliwość. Resztą postanowiłam nie zaprzątać sobie głowy. Dzięki temu wstyd odpłynął, a ja poskładałam się w całość.

Mogłam nie wsiąść na rower. Mogłam poprowadzić go do domu, bo było już blisko. Zrobiłam jednak inaczej. Otrząsnęłam się, poprawiłam kiecę i torebusię. A potem wskoczyłam na rower i pojechałam dalej. Zanim dojechałam do domu, miałam już pomysł na ten tekst.

Gdybym po upadku nie powstała. Gdybym nie wsiadła na rower. Nie ruszyła mimo wstydu, to wyhodowałabym w sobie nowy lęk. Wspomnienie upadku zakorzeniłoby się we mnie, jako coś dużego, znaczącego. Uprawomocniłabym ten wstyd w sobie.

Wyobraź sobie, że wydajesz książkę. Albo produkujesz stoliki kawowe zdobione żywicą. Planujesz reklamę, robisz zdjęcia produktowe. Jarasz się tematem, że aż trudno zasnąć. Całe Twój świat jest wypełniony tym projektem i wizją złotówek dzwoniących na koncie.

A potem kicha. Nie kupują. Albo za mało kupują. Entuzjazm spada, a z nim samoocena. Może myślisz sobie „nie umiem sprzedawać” albo „słaby ten mój produkt”. Ja w takiej sytuacji mam ochotę schować się za ścianą książek i udawać, że mam bardzo dużo ważnych treści do przeczytania. Jeśli też tak masz, nie rób tego!

Upadek, niska sprzedaż, błąd albo brak oczekiwanego rezultatu to nie są porażki. To są możliwe efekty działania. Uniknąć ich można wyłącznie wtedy, kiedy nie robi się nic. Każda aktywność, którą podejmujemy ma jakiś wynik. I tylko nasza interpretacja danego zdarzenia powoduje, czy jest on korzystny czy nie. Można wjechać w latanię i skończyć z tekstem na 3 strony. Można wjechać w latarnię i nie wsiąść na rower przez kolejne tygodnie.

Nigdy się nie poddawaj! Możesz zmieniać zdanie i rezygnować, ale się nie poddawać. Poddanie się jest ucieczką i automatyczną reakcją na rezultat inny od oczekiwanego. Bez refleksji, bez analizy, bez uczenia się. Jeśli po „upadku” analizujesz sprawę, wyciągasz wnioski i decydujesz się wycofać –  ok. To jest zmiana zdania, która wynika z adekwatnej oceny sytuacji. Do takiego działania Cię zachęcam. Niestety często widzę, że ludzie odpuszczają na autopilocie i tracą na tym na wielu płaszczyznach.

Wnioski

Skup się na celu. Zabezpiecz się. Nie poddawaj się. Te trzy zdania powtarzam sobie jak mantrę, bo przede mną kolejne zawodowe wyzwania. Rozmawiam z ludźmi o programie, który tworzę dla przedsiębiorców. Liczę koszty, żeby nie przegiąć z budżetem. Codziennie robię kilka kroków naprzód, nawet jeśli koncepcja wywraca się do góry nogami. Tym sposobem wszystko działa jak powinno.

Skup się na celu. Zabezpiecz się. Nie poddawaj się. Przemawia to do Ciebie?

Dodaj komentarz